Brzydula Forum

[Strychnine] Miniatury

Twórczość Strychnine

Moderatorzy: Ufo, ann, xJustyśx

Re: [Strychnine] Miniatury

Postprzez Strychnine » 26 Lut 2010 00:06

Ta sama historia... ale inaczej. Część szósta.

Kurde blaszka.
Marek wpadł do domu, z prędkością zbliżoną do prędkości światła przeleciał przez przedpokój i w sposób prawie niezauważony zmaterializował się w swoim pokoju. Trzasnął drzwiami z taką siłą, że zatrzęsła się osadzona w nich szyba, po czym oparł się o nie ciężko, w ten sposób blokując wejście. Postronny obserwator mógłby pomyśleć, że Cieplak schronił się właśnie przed przypuszczoną na jego osobę szarżą rozszalałego nosorożca. Ale to nie nosorożec próbował wedrzeć się do jego pustelni. Jego ostatni bastion próbował zdobyć oddział najcięższej artylerii – wyrzutów sumienia.
Odetchnął ciężko, aczkolwiek w tym akcie ekshalacji nie było ani śladu ulgi.
Ja pitolę, co ja najlepszego narobiłem?! Jak mogłem... jak w ogóle śmiałem?! Co za doskonały przykład totalnego skretynienia! Naprawdę, Cieplak, tylko ty mogłeś wpakować się w tak odrażająco cuchnące bagno... Aż mi ciebie żal, chłopie...
Nagle usłyszał za drzwiami miękkie człapanie, w którym to rozpoznał odgłos wydawany przez obute w kapcie stopy jego ojca. Dreszcz przeszedł mu po plecach. Nie, zdecydowanie nie miał ochoty mu tego wszystkiego tłumaczyć. Nie umiałby mu skłamać, a wyznawanie czegoś tak poniżającego byłoby dla niego zbyt bolesne...
Człapanie ucichło, ale Marek podświadomie czuł obecność obserwatora, czającego się za drzwiami jego samotni. Intruza wdzierającego się bez pytania do rzeczywistości, którą Cieplak traktował jako swoją niezbywalną i nietykalną własność.
- Marek? – usłyszał za swoimi plecami stłumiony przez szklaną taflę szyby głos ojca. Brzmiała w nim rozedrgana nutka niepokoju. – Wszystko w porządku?
- T-tak – odrzekł chłopak*, siląc się na spokój, ale struny głosowe wypowiedziały mu posłuszeństwo, dygocząc niczym bezdomny pies pozostawiony na mrozie. – Tak, wszystko gra – dodał, odetchnąwszy.
- Wpadłeś tu jak po ogień... Może mogę ci jakoś pomóc?
- Nic się nie stało, naprawdę. Nie zrobiłem nic złego ani nieodpowiedzialnego, nie wygłupiłem się, nie ściągnąłem na siebie kłopotów... Nie musisz się martwić...
Odpowiedź ta z całą pewnością nie należała, jak błędnie uważał Marek, do tych przekonujących, ale mimo to pan Józef zrezygnował z dalszych przesłuchań. Znał swojego najstarszego syna, wiedział, że gdyby zmagał się on z jakimiś poważnymi problemami, z całą pewnością by z nimi do niego przyszedł. Jeśli tego nie zrobił, to znaczy, że istotnie nie dzieje się nic niedobrego i wartego roztrząsania na forum rodziny. Pewnie to jakaś błahostka, zwykła bzdura... Młodzi ludzie czasem zadręczają się takimi głupotami... On w jego wieku był przecież zupełnie taki sam...
Marek poczuł ulgę, gdy usłyszał oddalające się od jego samotni kroki. Powoli przemieścił się spod drzwi na łóżko z bardzo ambitnym pierwotnym planem zajęcia miejsca siedzącego, w połowie drogi zmieniając jednak zdanie. Rzucił się rozpaczliwie na posłanie i wcisnął głowę w poduszkę z silnym zamiarem pozbawienia się życia poprzez uduszenie. W tamtej chwili swoją egzystencję postrzegał bowiem jako niebywale nędzną. Po chwili rozmyślił się znowu i przewrócił na plecy, po czym zasłonił sobie szczelnie oczy dłońmi. Małym dzieciom często wydaje się, że jeśli nie mają kogoś w polu widzenia, to oznacza, że ten ktoś też ich nie widzi. Na tej zasadzie funkcjonują pierwsze zabawy w chowanego z rodzicami, polegające na zasłanianiu buzi maleńkimi rączkami i odsłanianiu jej, czemu zawsze towarzyszy euforia mamy czy taty, wynikająca z rzekomego odnalezienia ukochanej zguby. Marek zazdrościł im tej dziecięcej naiwności. Chciał wierzyć, że zasłaniając oczy znika, robi się niewidzialny. Wolałby żyć w całkowitych ciemnościach, niż choć raz jeszcze być zmuszonym spojrzeć Uli w oczy...
Nie mógł zrozumieć, co go podkusiło do takiego posunięcia. Przecież był dorosłym, dojrzałym mężczyzną, świadomym konsekwencji własnych czynów i okrucieństwa świata, na którym należy wstydzić się własnych uczuć i ukrywać je w zamkniętym na cztery spusty sercu, jeśli chce się uniknąć kompromitacji. Wiedział, że Ula nie jest dla niego, że powinien raz na zawsze o niej zapomnieć, bo to wszystko nie ma przyszłości. Zdawał sobie sprawę, że nie wolno mu przekroczyć choćby o milimetr tej magicznej granicy oddzielającej przyjaźń od tego niezdefiniowanego „czegoś więcej”. Tylko co mu po tej wiedzy, skoro nie umiał utrzymać swoich emocji na wodzy, kiedy Dobrzańska była w pobliżu? Co z tego, skoro jego serce za każdym razem rwało się do niej, zapominając, że przecież miało wykonywać rozkazy dyktowane przez zdrowy rozsądek? Czuł się, jak gdyby jego ludzka dusza została uwięziona w ciele jakiegoś dzikiego zwierzęcia. Jakże frustrującymi były wiecznie nieudane próby poskromienia przez rozum jego żądz i popędów... Ta walka była z góry skazana na przegraną, to była tylko kwestia czasu...
- Umrzeć. Zniknąć. Wyparować. Zdematerializować się.
Skupiony na sobie i swoich wewnętrznych rozterkach mężczyzna nie poświęcał zbyt wiele uwagi na zastanowienie się, co stało się z Ulą po tym przykrym incydencie. Brał za pewnik, że zaraz po jego spektakularnej ucieczce z miejsca zbrodni po prostu zaśmiała się w głos z naiwności swojego asystenta, po czym z piskiem opon odjechała w stronę domu, gdzie, jak przypuszczał, godziła się właśnie ze swoim narzeczonym. Czy podjąłby jakieś działanie, gdyby wiedział, jaka jest prawda? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Marek nie zdawał sobie sprawy, że Dobrzańska nie ruszyła się na krok spod jego domu. Nie miał pojęcia, jakie spustoszenie spowodował jego czyn w jasnym i zazwyczaj uporządkowanym umyśle młodej pani prezes. Ula siedziała bowiem sztywno w swoim samochodzie z palcami zaciśniętymi brutalnie na kierownicy. Gapiła się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem, bezwiednie lekko uchyliwszy usta. Na parę chwil zupełnie zapomniała o otaczającym ją świecie.
Dlaczego on to zrobił? Dlaczego on to, do jasnej ciasnej, zrobił?!
Do tej pory uważała ich relację za doskonałą. Przyjaźnili się, świetnie się czuli w swoim towarzystwie. Mogli ze sobą porozmawiać na każdy temat, a w dodatku wyjątkowo dobrze im się współpracowało w sferze zawodowej. Wszystko było na swoim miejscu, tak jak powinno być. A on jednym ruchem zaprzepaścił to, co razem zbudowali.
Nie mogła przejść nad tym do porządku dziennego. Nie codziennie ktoś, kogo uważa się za przyjaciela, całuje... tak. Właśnie to w tym wszystkim było najgorsze. Niewinny, delikatny pocałunek jeszcze by przebolała, byłaby skłonna nawet o nim nie wspominać, by go nie zawstydzać. Ale to, co się pomiędzy nimi wydarzyło... Tego nie można przemilczeć.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że jej się podobało. Nie wyrywała się, nie protestowała. Przeciwnie – chciała więcej, a to go właśnie spłoszyło. Przestraszył się własnej śmiałości i uciekł, jako pierwszy odzyskując rozum. Bo Ula jeszcze przez długi czas była zawiedziona. Bo nie na rękę jej było to, że uciekł. Bo sobie poszedł, tak po prostu, kiedy powinien był zostać i całować ją do końca świata. Dopiero po kilku minutach bezmyślnego gapienia się w przestrzeń zorientowała się, czego w tej chwili najbardziej pragnęła. Pragnęła bowiem swojego asystenta. Tego brzydkiego Marka, firmowego pośmiewiska i swojego oddanego przyjaciela, który nigdy wcześniej nie wydawał jej się tak atrakcyjny seksualnie. Po prostu go pragnęła, nie znając przyczyny.
A potem przypomniała sobie jego niesamowite, stalowoszare oczy. Ten uśmiech, poniekąd oszpecony aparatem ortodontycznym, a jednak powodujący, przy akompaniamencie tych przeuroczych dołeczków w policzkach, jakieś takie niezidentyfikowane ciepłe ukłucie w okolicy serca. I to ciało, które, raz odkryte, niemal krzyczało, by go znowu nie chować pod niemodnymi ciuchami...
Oczami wyobraźni widziała to wszystko na nowo, ale po chwili potrząsnęła agresywnie głową, starając się wyrzucić z niej przepływające przez nią obrazy. Nie chciała o tym myśleć. Nie mogła. Nie. To nie tak miało być. Miał być jej asystentem. Miał być niegroźny. Miał nie być pokusą. Miał być neutralny, aseksualny. Niemal bezpłciowy. Miał być czymś, a stał się kimś. Kimś, kto z każdym dniem zakorzeniał się coraz mocniej w jej życiu. Bez którego bała się funkcjonować.
Los bywa okrutnie przewrotny.
Nie mogła go stracić. Wiedziała, że będzie chciał odejść, ale nie mogła do tego dopuścić. Z dnia na dzień stał się dla niej nieodzownym punktem w jej terminarzu, punktem, dla którego zawsze miała czas. Z którym uwielbiała przebywać. Którego ceniła, podziwiała i... kochała. Jak brata, którego nigdy nie miała. Zdawała sobie sprawę, że będzie musiała zawalczyć o ich przyjaźń, ale była skłonna poświęcić bardzo wiele, by go zatrzymać przy sobie. Tego właśnie chciała – by był obok. By po prostu był.
Przekręciła kluczyk w stacyjce i odjechała z tą jedną myślą odbijającą się echem w jej głowie.

***
* W moich poprzednich opowiadaniach nie używałam tego określenia pod adresem Marka, bo mi ono do niego nie pasowało. Prawie trzydziestoletni facet w garniaku nazywany chłopakiem? Tu jednak sytuacja jest inna, stąd zmiana mojego przyzwyczajenia.
Ostatnio edytowany przez Strychnine, 07 Mar 2010 17:16, edytowano w sumie 1 raz
Po moim martwym trupie!
Sam się puknij w truskaweczkę!
To był TIR. Z naczepą.
Starość nie radość, dropsy nie tic-tac'ki...
Awatar użytkownika
Strychnine
Rasowy Brzydulo-maniak
 
Posty: 465
Dołączenie: 28 Mar 2009 20:35
Miejscowość: Stolica xD

Brzydula
BrzydULA
 

Re: [Strychnine] Miniatury

Postprzez Strychnine » 05 Mar 2010 23:06

Ta sama historia... ale inaczej. Część siódma.

Weszła do mieszkania, zdjąwszy buty z zamiarem bezszelestnego przemieszczenia się do sypialni i położenia się spać bez wdawania się w jakiekolwiek dyskusje z Aleksem. Zdołała jednak zrobić zaledwie parę kroków w stronę wieszaka na płaszcze i odstawić buty w dokładnie wydzieloną dla nich przestrzeń w szafce na obuwie, kiedy dostrzegła łunę światła wpadającą do przedpokoju przez szparę w drzwiach gabinetu narzeczonego. Westchnęła, gdyż zrozumiała, że jej misternie ułożony plan spalił tym sposobem na panewce. Wzięła głęboki oddech i przybrała na twarz najsurowszy wyraz, na jaki było ją w tym momencie stać, po czym splotła ramiona na piersiach. Drzwi gabinetu zaskrzypiały. Ula spodziewała się zobaczyć podobną minę i pozę u Febo, ale, ku jej zdziwieniu, na jego obliczu dostrzegła tylko troskę i coś w rodzaju ulgi.
- Jesteś nareszcie.
- Jak widać.
- Martwiłem się.
- Nie miałeś powodu.
- Jak... – Odchrząknął. – Jak się bawiłaś?
- Nie bądź śmieszny – prychnęła, wchodząc z impetem do łazienki, znajdującej się po prawej stronie od wejścia, zatrzaskując przy tym za sobą drzwi. To było jednak zbyt mało, by zniechęcić Włocha do dalszych prób nawiązania kontaktu. Podążył za nią i otworzywszy drzwi ponownie, stanął na ich progu, , obserwując ją, jak starannie zmywa makijaż i rozczesuje poplątane włosy, które pierwotnie ułożone były w misterną fryzurę.
- Nawiązałaś jakieś ciekawe kontakty? – Aleks postanowił zmienić taktykę, przechodząc do rozmowy na tematy zawodowe.
- Tak, o ile chcesz współpracować ze zboczeńcami, którzy mają się za lepszych od innych.
- Wcześniej nigdy ci to nie przeszkadzało.
- Ale teraz, o dziwo, zaczęło – rzekła sarkastycznie. – Ale wracając do twojego pytania - bawiłam się wyśmienicie. Marek sprawdził się doskonale w roli mojej osoby towarzyszącej – powiedziała, nie szczędząc jadu. Przy okazji z niewiadomych przyczyn jej żołądek na samo wspomnienie Cieplaka wykonał coś w rodzaju karkołomnej ewolucji cyrkowej. Uczucia tego jednak nie mogła nazwać specjalnie nieprzyjemnym. – Wybacz mi, chciałabym wziąć prysznic – rzekła oschle, po czym podeszła do wciąż opartego o framugę narzeczonego i patrząc mu głęboko w oczy złapała za klamkę, usiłując zamknąć drzwi i oddzielić się w ten sposób do reszty świata. Ten jednak uniemożliwił jej to przy pomocy prawego buta.
- Dlaczego masz krew na ustach? – spytał z zaciekawieniem, przyglądając się jej z uwagą.
Ula mimowolnie dotknęła palcem miejsca, które już od dłuższego czasu na przemian piekło ją i szczypało. Obejrzała go i mogła orzec z całą stanowczością, że istotnie były na nim ślady krwi. Korzystając z chwili nieuwagi Aleksa, zatrzasnęła drzwi i podeszła do dużego lustra, zawieszonego tuż nad umywalką. Zapaliła lampkę, której zazwyczaj używała w trakcie nakładania makijażu, po czym rozpoczęła dokładną analizę zranienia.
Ranka nie była rozległa - tak naprawdę było to malutkie rozcięcie, które już nawet nie krwawiło, bo krew, którą starła palcem, była już zaschnięta. Zaczęła się zastanawiać, jak mogła się nabawić tego skaleczenia. Przecież była dobrze wychowana i nie lizała noża na bankiecie po pokazie. Nie miała też zwyczaju bawić się jakimiś ostrymi przedmiotami i pchać ich sobie do ust, więc jedynym, co przyszło jej do głowy, był... aparat ortodontyczny Marka*.
Oparła się o umywalkę i spojrzała swojemu odbiciu prosto w oczy. Bez makijażu nie wyglądała już tak zjawiskowo. Owszem, wciąż była piękna, ale bez całej tej maski z kosmetyków była tak naturalna, że aż zwyczajna. Była Ulą, nie Urszulą Dobrzańską, panią prezes dużej firmy modowej. I chyba właśnie dlatego za każdym razem, gdy chciała zrobić wrażenie na swoim narzeczonym w sypialni, znaczne braki w swoim odzieniu nadrabiała kompletnym makijażem. Bardzo rzadko Aleks widywał ją taką, jaką była naprawdę. Wieczorem, gdy kładła się do łóżka, on już zazwyczaj spał. Rano wstawała przynajmniej pół godziny przed nim, by zdążyć doprowadzić się do stanu, w którym mogła mu się pokazać. To była jej maska. Jej zbroja, którą broniła swojego prawdziwego „ja” przed okrutnym światem, który nie akceptuje ludzi zwyczajnych. Nie dostrzega w nich tego, co najważniejsze, sugerując się jakże zdradzieckim wyglądem.
Znała jednak kogoś, kto był inny. Kto nie patrzył na to, kim była ani jak wyglądała, a zwracał uwagę na to, jaka była. Miała co do tego pewność, bo on w gruncie rzeczy był taki sam jak ona – niedoceniony za to, jakim był człowiekiem, niesprawiedliwie oceniany za powierzchowność. Czuła z nim jakąś niemożliwą do opisania więź, wiedziała, że mimo iż żyła w tym jakże zakłamanym świecie od lat, była inna i nie dała sobie zupełnie wyprać mózgu. Coś nieustannie ciągnęło ją do tego faceta, choć tak naprawdę ledwie go znała. Czuła się jednak, jak gdyby znała go od zawsze. Z całą pewnością był jej pokrewną duszą, przyjacielem. Ale to, co czuła, gdy tylko o nim pomyślała, nie było tylko sympatią. Nie miała zielonego pojęcia, co to za uczucie. Nie znała go, przeżywała coś takiego po raz pierwszy w życiu. Była ciekawa, czy on czuje to samo. Bo jeśli tak, to może byłby w stanie jej to wytłumaczyć? Może mógłby dać jej korepetycje z rozpoznawania własnych uczuć i stanów emocjonalnych? Bo z całą pewnością był w tym lepszy. Chociażby z takiego względu, że wychowywał się w normalnej rodzinie, w której wszyscy troszczą się o wszystkich. Jej rodzina była inna - każdego obchodził tylko czubek własnego nosa...
Zamiast wziąć prysznic, po prostu wyszła z łazienki, wyjęła z szafki wygodne obuwie sportowe, zupełnie niepasujące do wieczorowej sukni, którą wciąż miała na sobie, wpadła do sypialni, z której zabrała komplet ubrań na zmianę z myślą o nadchodzącym dniu, po czym, ku zdziwieniu narzeczonego, opuściła bez słowa mieszkanie. Nie czuła się na siłach kłaść się obok mężczyzny, z którym z każdym dniem coraz mniej ją łączyło. Tę noc postanowiła spędzić u Violi.

Marek wszedł do biura z bardzo ponurą miną. Nie miał pojęcia, czego się spodziewać. Krzyku szefowej i nagany, czy może od razu wypowiedzenia? Bał się, cholernie bał się spotkania z Ulą. Nie wiedział, jak zareaguje, co jej powie. Co w ogóle powinien jej powiedzieć? Przepraszać? Obrócić wszystko w żart? Udawać, że nic się nie stało i czekać na rozwój wypadków? Nie chciał wyjść na tchórza, który nie umie wziąć na siebie odpowiedzialności za swoje postępowanie. Z tego właśnie powodu zdecydował się ostatecznie pojawić się w firmie, choć planował zaszyć się w domu i udawać, że się zdematerializował w niewytłumaczalny sposób.
Z przerażeniem zarejestrował za drzwiami gabinetu pani prezes ruch, oznaczający, że Ula jest już w pracy. Było to co najmniej dziwne, bo rzadko zjawiała się w firmie wcześniej niż on, ale wziął to tylko i wyłącznie za oznakę zupełnego sprzysiężenia się wszelkich przeciwności losu przeciwko niemu, a nie za objaw kłopotów osobistych szefowej. Najciszej jak tylko mógł zajął miejsce za swoim biurkiem i zaczął bezmyślnie przeglądać papiery, mając świadomość, że z jego pracy tego dnia nic nie będzie. Po prostu nie umiał się skupić na niczym innym, jak tylko na rozmyślaniu o wypadkach dnia poprzedniego. Wciąż czuł na ustach smak jej warg. Czuł jej rozpalone do czerwoności dłonie, które spoczęły na jego nadgarstkach, sprowadzając go na ziemię. Potrząsnął energicznie głową, by pozbyć się tych wizji, choć wiedział, że to bezcelowe, jako że walczył z nimi nieprzerwanie od poprzedniego wieczora, czego oznaką były podkrążone i mocno podpuchnięte oczy oraz żałosny wyraz twarzy.
Nagle do sekretariatu wpadła Viola. Wyglądała, jak gdyby wyjątkowo się śpieszyła, a jej mina sugerowała, że chodzi o coś poważnego. Marek mruknął coś na powitanie, a Kubasińska w odpowiedzi zmierzyła go wzrokiem. Ale nie zrobiła tego w taki sam sposób, do jakiego był przyzwyczajony. Nie było w tym pogardy. Kobieta była po prostu ogromnie zdumiona. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym dyrektor HR zamrugała z niedowierzaniem powiekami i zdecydowanym krokiem weszła do gabinetu Uli. Marek przełknął głośno ślinę.
Więc Violetta już wie. Ula jej się pewnie zwierzyła z tego... wypadku. To już koniec, teraz cała firma się dowie...
Tego było już za wiele, by mógł to znieść. Chwycił pierwszą lepszą rzecz, którą okazał się dziurkacz, którym kiedyś niecelnie rzucił w Sebastiana. Trzymał zaciśniętą na przedmiocie dłoń w powietrzu, wahając się. Nie był bowiem pewny, czy podjął słuszną decyzję. Na zmianę opuszczał i podnosił rękę, raz nawet odłożył dziurkacz na miejsce, by za chwilę chwycić go ponownie i zdecydowanym ruchem wcisnąć go do plecaka. Potem poszło już zdecydowanie łatwiej. Upychał swoje rzeczy, nie zastanawiając się, czy przypadkiem nie gniecie jakiegoś ważnego dokumentu czy nie tłucze szybki w ramce ze zdjęciem swojej rodziny. Po pół godzinie był gotowy do opuszczenia firmy na zawsze. Rozejrzał się jeszcze dookoła, by upewnić się, że nic nie zostawił, po czym wstał i ruszył do wyjścia. W tym momencie do sekretariatu wpadł Sebastian z wielką kanapką w ręku i spływającym po brodzie majonezem. Mężczyzna spojrzał na niego, nie kryjąc niechęci.
- A ty dokąd się wybierasz? Wagary sobie urządzasz i myślisz, że będę harował za ciebie?
- Nie, Seba. Odchodzę. Bądź tak dobry i powiedz wszystkim. A U... znaczy... powiedz, że moje wymówienie jest w najwyższej szufladzie mojego... no, już nie mojego biurka.
Ruszył do windy i gdy tylko drzwi się za nim zasunęły, z gabinetu wyszła Violetta, lustrując puste biurko, zajmowane dotychczas przez Marka.
- A tego gdzie wcięło?
- Powiedział, że odchodzi – wyjaśnił szybko i bez zbędnych emocji Olszański. – Wymówienie jest w którejś tam szufladzie.
- Ulka, on się chce zwolnić! – krzyknęła przez ramię Kubasińska. Na reakcję pani prezes nie trzeba było długo czekać. Ula wypadła z biura jak z procy, przeszukawszy szybko biurko Cieplaka zabrała z niego jego wymówienie, po czym sprintem pokonała odległość od sekretariatu do windy.
- Marek! – krzyczała, gdy była już na dole. Dostrzegła go bez problemu w tłumie przechodniów, błogosławiąc jego niezwykły sposób ubierania się. – Marek, zaczekaj!
Cieplak jednak nie reagował. Nie miał zamiaru się zatrzymać. Nie chciał z nią rozmawiać, bo musiałby spojrzeć jej w oczy, a obawiał się, że mogłoby się to skończyć potokami łez płynącymi z jego oczu. Nie. Mężczyźni nie płaczą. Nigdy.
Przyspieszył kroku.
Ula nie dała za wygraną. Gratulowała sobie, że poprzedniej nocy, gdy opuszczała dzielone z Aleksem mieszkanie w celu przenocowania u przyjaciółki, zdecydowała się na wygodne obuwie, które na pewno bardziej nadawało się do biegania niż kilkunastocentymetrowe szpilki. Dogoniła go dokładnie na środku przejścia dla pieszych. Chwyciła go za przedramię i obróciła przodem do siebie.
- Autobus mi ucieka – rzekł sucho Marek, próbując wyrwać ramię z uścisku, ale jej palce zacisnęły się na nim jak imadło. Najwyraźniej była bardzo zdeterminowana. – Puść mnie, idę na przystanek.
- Nigdzie nie pójdziesz, dopóki sobie wszystkiego nie wyjaśnimy – powiedziała stanowczo.
- Dobra! – jęknął Cieplak, wyrażając w ten sposób zgodę. Dobrzańska pozwoliła mu się wyswobodzić i już chciała coś powiedzieć, kiedy on zaczął ją przepraszać, nie zwracając na trąbienie klaksonów i rzucane pod ich adresem wściekłe komentarze kierowców. Zupełnie zapomnieli bowiem, że znajdują się na przejściu dla pieszych. – Wiem, nie powinienem był! Zniszczyłem naszą przyjaźń, uniemożliwiłem nam dalszą współpracę w takich samych jak dotychczas stosunkach. Ale to było silniejsze ode mnie. Nie wymagaj od faceta, żeby się pohamował. Trudno, po herbacie, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem...
- Co ty pieprzysz? Jaka herbata, jakie mleko?! – Z niewiadomych przyczyn te powiedzenia o charakterze kulinarnym zaczęły ją mocno irytować. – Marek, durniu, nie odchodź z powodu jednego głupiego pocałunku! Każdemu się może zdarzyć. Żebyś ty wiedział, ilu facetów całowałam zupełnie przez przypadek...
- Nie chcę wiedzieć. Zbyt wiele by mnie to kosztowało – krzyknął, by przebić się przez piskliwy klakson jednego z samochodów.
- Kosztowało?
- Inaczej. Byłoby dla mnie zbyt bolesne.
- W jakim sensie bolesne? – zdziwiła się Ula, chociaż odpowiedź nasunęła się sama, kiedy spojrzała mu w oczy. Wiedziała, co powie.
- Bo się w tobie zakochałem – wypalił, spuszczając wzrok. – Kocham cię i nic na to nie poradzę. Jedyne, co mogę zrobić, to odejść. I proszę, nie zatrzymuj mnie. Tak będzie lepiej dla nas obojga.
Odwrócił się na pięcie i miał zamiar odejść, ale Dobrzańska mu nie pozwoliła. Przez ułamek sekundy, który wydawał się jej być wiecznością, przeanalizowała dokładnie jego wypowiedź, pozwoliła jej znaczeniu wedrzeć się do jej umysłu i wyryć w nim trwały ślad.
On mnie kocha. Kocha. Chociaż nie ma ku temu żadnego racjonalnego powodu.
Ponownie odwróciła go przodem do siebie, ale tym razem nie pozwoliła mu wyrzec ani słowa.
Kierowcy zdjęli zaciśnięte w pięści dłonie z klaksonów. Wszystkie kobiety obserwujące rozgrywającą się na przejściu scenę westchnęły cicho. Na twarze wszystkich mimowolnie wystąpiły uśmiechy. Bo jak tu się nie uśmiechać, gdy ogląda się tak urocze, nieme i bardzo czułe wyznanie miłości?
Tylko czy to na pewno było tym, na co wyglądało?
Przepraszam cię, Marek. Kłamstwo było jedynym sposobem, żeby cię zatrzymać...

***
*Nie mam zielonego pojęcia, czy tego rodzaju zranienie jest możliwe, ale co tam xD
Po moim martwym trupie!
Sam się puknij w truskaweczkę!
To był TIR. Z naczepą.
Starość nie radość, dropsy nie tic-tac'ki...
Awatar użytkownika
Strychnine
Rasowy Brzydulo-maniak
 
Posty: 465
Dołączenie: 28 Mar 2009 20:35
Miejscowość: Stolica xD

Re: [Strychnine] Miniatury

Postprzez Strychnine » 13 Mar 2010 23:41

Ta sama historia... ale inaczej. Część ósma.

- O czym myślisz?
Od dłuższej chwili wsłuchiwał się w szum rzeki, która płynęła leniwie, mieniąc się w zachodzącym, jesiennym słońcu milionami maleńkich iskierek. Z zamkniętymi oczami próbował utrwalić sobie w pamięci to, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej. Bał się, że jeśli odważy się rozchylić powieki, obraz ten, tak słaby i niewyraźny, zniknie na zawsze. Nienawidził się za to, że dał się ponieść emocjom. Że odpłynął, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, co będzie potem. Liczyło się tylko tu i teraz. Ale co mu po tym przeszłym, jakże odległym teraz, skoro prawie nic z niego nie pamiętał? Nie umiał przypomnieć sobie dotyku jej skóry. Jej zapachu. Smaku jej ust. Wszystko jakby wyparowało z jego umysłu, pozostawiając pustkę i niedosyt. Dlatego właśnie trwał tak w zupełnej ciszy i zamyśleniu – by nie odegnać od siebie ostatnich przebłysków wspomnień z tamtego momentu. Gdyby to był ktoś inny, gdyby to jakaś inna osoba próbowała wedrzeć mu się brutalnie do świadomości, prawdopodobnie pozbawiłby tego kogoś połowy uzębienia. Ale to była ona. Jej głos, jej cichy szept, który przyprawiał go o zawrót głowy. Znowu była przy nim. Tu i teraz.
Ostrożnie rozwarł powieki i wbił wzrok w ich splecione dłonie. Jej lewa ręka schowana była w klatce jego dłoni, podczas gdy opuszkami palców drugiej gładziła go delikatnie po skórze. Znowu czuł jej dotyk, jakby ocknął się z głębokiego snu.
Zawiał delikatny wiatr, który rozwiał jej włosy i przywiódł do niego jej zapach. Zapach, który go oszałamiał.
- O niczym. Zupełnie o niczym.
- Nie da się myśleć o niczym.
- Czasem się da. Są czasem rzeczy... obrazy... których nie da się wyrzucić z głowy. Wtedy nie da się myśleć o niczym.
- Czy to się nawzajem nie wyklucza? Skoro nie można czegoś wyrzucić z głowy, to chyba znaczy, że się o tym myśli.
- W takim razie myślę o tobie.
Nieśmiało podniósł oczy, napotykając jej wzrok i promienny uśmiech, który rozświetlał jej twarz. Jej włosy skrzyły się w słońcu wszelkimi odcieniami bursztynu. Wyglądała tak pięknie.
- Niezbyt ciekawy temat do rozmyślań – zaśmiała się.
- Nie obraź się, ale mam odmienne zdanie na ten temat – rzekł stanowczo, nie wyzbywając się jednak marzycielskiego tonu. Po chwili jednak zawstydzony ponownie spuścił wzrok. – Przepraszam. Robię z siebie kretyna.
- Wcale nie. – Pogłaskała go czule po policzku. – Nie wstydź się swoich uczuć. Bardzo mi dziś zaimponowałeś tym wyznaniem. Szczerze powiedziawszy, to było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Nigdy jeszcze od nikogo nie usłyszałam takich słów. Szczerych, prosto z serca.
- Nie żartuj. – Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Jej słowa troszkę go ośmieliły, dlatego odważył się spojrzeć jej w oczy. Po chwili tego pożałował, bo po jego ciele znowu przeszedł dreszcz. Był pewny, że nie umknęło to uwadze Uli, ale ona tylko lekko się uśmiechnęła. – To znaczy... Przecież jesteś... zaręczona, w końcu... Pan Febo musiał ci jakoś wyznać, że cię kocha, prawda?
- On? – Zaśmiała się szyderczo. – On nie potrafi mówić o uczuciach. Jedyne, co umie wyrażać słowami, to swoje potrzeby. Jestem głodny, zrób mi kanapkę. Podaj pilota, zaraz Inter gra z Juventusem. Czekam w sypialni, przyjdziesz do mnie, czy mam zadzwonić po profesjonalistkę? – zakończyła gorzko.
- Ty chyba żartujesz! – krzyknął mężczyzna, wytrzeszczając na nią oczy. Jak ten włoski palant mógł tak traktować Ulę?! Tę cudowną istotę, którą on, Marek, najchętniej cały czas nosiłby na rękach!
- Nie, ale właściwie to nie ma się czemu dziwić. Zasłużyłam sobie na takie traktowanie – rzekła samokrytycznie, dziwiąc się sobie, że potrafiła zdobyć się na taką szczerość. I to przed swoim asystentem, facetem, którego ledwie znała. – Nie jestem idealną narzeczoną. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę. Nie mogę więc spodziewać się zbyt wiele w zamian.
- Nic nie dzieje się bez przyczyny – zaczął bronić jej z pasją Marek, patrząc jej głęboko w oczy. – Najwyraźniej był wobec ciebie nie w porządku, więc ty...
- Nie, Marek. To moja wina. Naprawdę. To ja go zdradzałam od samego początku naszego związku. Nie jestem takim ideałem, za jaki mnie uważasz. Nie wiem, czym zasłużyłam sobie na twoje uczucie. Co taki wspaniały facet jak ty we mnie widzi? – spytała zupełnie szczerze. Jeszcze nigdy nie czuła się tak zagubiona. Pierwszy raz spotkała się z czymś takim – z bezinteresowną, szczerą miłością.
- Ula, nikt nie jest idealny, ale ty na pewno nie jesteś taka, jak o sobie mówisz. Ja poznałem cię z innej strony.
- Skąd wiesz, że to nie jest tylko maska? Skąd wiesz, że i przed tobą nie gram? – spytała, nie będąc pewną, jak właściwie brzmi prawidłowa odpowiedź.
- Czuję to. A ja znam się na ludziach.
Przysunęła się do niego i oparła głowę o jego ramię. Tak bardzo chciała w to wierzyć.
Zmierzchało. Trwali tak, przytuleni do siebie, wpatrując się w ciemniejące wody Wisły i światła wciąż tętniącej życiem Warszawy. Marek poczuł nagle, że Ula drży z zimna. Bez wahania zdjął z siebie marynarkę i okrył jej ramiona.
- Chodźmy już, bo zamarzniesz na kość – powiedział, wstając i podając jej dłoń, by pomóc jej się podnieść. – Podrzucisz mnie na przystanek? – spytał nieśmiało.
- Śnisz – oburzyła się Dobrzańska, szturchając go w ramię. – Nie sądzisz chyba, że puszczę cię do domu bez kolacji. Ja stawiam! – Pociągnęła go za rękę w stronę samochodu. Pojechali do centrum, ale w połowie drogi do swojej ulubionej restauracji Ula zmieniła zdanie. Zawróciła na pierwszym rondzie i ruszyła w stronę pewnej knajpki z kuchnią azjatycką. Po chwili, siedząc wciąż w samochodzie pałaszowali ze smakiem orientalne dania. A przynajmniej usiłowali.
- Jak to draństwo działa? – spytał zirytowany Cieplak, nie mogąc sobie poradzić z pałeczkami. – Moje są chyba zepsute...
- Bo źle je trzymasz – zachichotała Ula, pochylając się w jego stronę. – Zobacz, tak je złap...
- Ale to takie nienaturalne... Ja chcę widelec.
- Nie sądzisz chyba, że wożę zapasowe sztućce w schowku. – Spojrzała na niego z rozbawieniem. – Dawaj to, bo jeszcze sobie oko wydłubiesz. – Wyrwała mu pałeczki i, ku jego zdumieniu, zaczęła go karmić makaronem. Nie bronił się. W pewnej chwili strużka sosu spłynęła mu po brodzie. Zanim jednak zdołała kapnąć na koszulę, Ula powstrzymała ją własnymi ustami. Koniuszkiem języka przesunęła ku jego wargom. Marek zamknął oczy i, drżąc na całym ciele, oddał się pieszczocie. Po chwili, która zdawała się być wiecznością, oderwała się od niego zdyszana, przytrzymując jego twarz dłońmi.
- Nie każ mi dzisiaj wracać do domu. Nie zostawiaj mnie dziś samej.
- Co chcesz przez to powiedzieć...? – Spojrzała na niego na poły z politowaniem, na poły z czymś w rodzaju rozczulenia. Nie wiedziała, co tak ją do niego ciągnie. Bo przecież nie to uczucie. Przecież nie...
- Bystrością to dzisiaj nie grzeszysz, Cieplak...
Pierwszy lepszy hotel. Pierwszy lepszy pokój. W połowie drogi do łóżka nie mieli już nic na sobie. W jakiś dziwny, niezrozumiały sposób, Marek poza ubraniem pozbył się także swojej nieśmiałości. Nie wahał się, gdy przylgnęła do niego swym rozpalonym ciałem. Położył ją na łóżku i dał jej to, czego chciała. To, czego tak bardzo jej brakowało jej w zlodowaciałym związku z Aleksem. Czułość, namiętność i miłość. Naprawdę chciała odwdzięczyć się Markowi tym samym, ale czuła, że nie potrafi. Że to znowu jedna, wielka mistyfikacja. Że każdym dotykiem, każdym pocałunkiem rani jedyną osobę, która ją naprawdę kocha. Ale mimo to nie mogła przestać. Chciała wciąż więcej, a on chciał jej to dawać. Oddał jej wszystko, co miał. Oddał jej całego siebie.
Miała wyrzuty sumienia. Wyrzuty tak silnie, że chciała w środku nocy zerwać się i uciec, zostawiając go samego w wynajętym na jedną noc pokoju hotelowym. Ale nie mogła. Miała świadomość, że jeśli ucieknie, Marek straci do niej zaufanie. Poczuje się wykorzystany i zraniony. Znowu zechce odejść.
Wiedziała, że wpakowała się w sytuację bez wyjścia. W bagno, z którego nie było już odwrotu. Mogła tylko brnąć dalej, usprawiedliwiając się walką o jego przyjaźń. Nie chciała go stracić, więc chwyciła się przysłowiowej brzytwy. Zastanawiało ją tylko jedno – czy nie złapała przypadkiem jej ostrego końca.
Pozwoliła mu obudzić się rano obok siebie, zamykając sobie w ten sposób jedyną drogę ucieczki.
Kości zostały rzucone.
Ostatnio edytowany przez Strychnine, 14 Mar 2010 18:20, edytowano w sumie 1 raz
Po moim martwym trupie!
Sam się puknij w truskaweczkę!
To był TIR. Z naczepą.
Starość nie radość, dropsy nie tic-tac'ki...
Awatar użytkownika
Strychnine
Rasowy Brzydulo-maniak
 
Posty: 465
Dołączenie: 28 Mar 2009 20:35
Miejscowość: Stolica xD

Re: [Strychnine] Miniatury

Postprzez eusebio » 14 Mar 2010 01:05

eusebio
 
Posty: 1
Dołączenie: 14 Mar 2010 00:30

Poprzednia

Powróć do Strychnine

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość

cron