Ta sama historia... ale inaczej. Część szósta.
Kurde blaszka.
Marek wpadł do domu, z prędkością zbliżoną do prędkości światła przeleciał przez przedpokój i w sposób prawie niezauważony zmaterializował się w swoim pokoju. Trzasnął drzwiami z taką siłą, że zatrzęsła się osadzona w nich szyba, po czym oparł się o nie ciężko, w ten sposób blokując wejście. Postronny obserwator mógłby pomyśleć, że Cieplak schronił się właśnie przed przypuszczoną na jego osobę szarżą rozszalałego nosorożca. Ale to nie nosorożec próbował wedrzeć się do jego pustelni. Jego ostatni bastion próbował zdobyć oddział najcięższej artylerii – wyrzutów sumienia.
Odetchnął ciężko, aczkolwiek w tym akcie ekshalacji nie było ani śladu ulgi.
Ja pitolę, co ja najlepszego narobiłem?! Jak mogłem... jak w ogóle śmiałem?! Co za doskonały przykład totalnego skretynienia! Naprawdę, Cieplak, tylko ty mogłeś wpakować się w tak odrażająco cuchnące bagno... Aż mi ciebie żal, chłopie...
Nagle usłyszał za drzwiami miękkie człapanie, w którym to rozpoznał odgłos wydawany przez obute w kapcie stopy jego ojca. Dreszcz przeszedł mu po plecach. Nie, zdecydowanie nie miał ochoty mu tego wszystkiego tłumaczyć. Nie umiałby mu skłamać, a wyznawanie czegoś tak poniżającego byłoby dla niego zbyt bolesne...
Człapanie ucichło, ale Marek podświadomie czuł obecność obserwatora, czającego się za drzwiami jego samotni. Intruza wdzierającego się bez pytania do rzeczywistości, którą Cieplak traktował jako swoją niezbywalną i nietykalną własność.
- Marek? – usłyszał za swoimi plecami stłumiony przez szklaną taflę szyby głos ojca. Brzmiała w nim rozedrgana nutka niepokoju. – Wszystko w porządku?
- T-tak – odrzekł chłopak*, siląc się na spokój, ale struny głosowe wypowiedziały mu posłuszeństwo, dygocząc niczym bezdomny pies pozostawiony na mrozie. – Tak, wszystko gra – dodał, odetchnąwszy.
- Wpadłeś tu jak po ogień... Może mogę ci jakoś pomóc?
- Nic się nie stało, naprawdę. Nie zrobiłem nic złego ani nieodpowiedzialnego, nie wygłupiłem się, nie ściągnąłem na siebie kłopotów... Nie musisz się martwić...
Odpowiedź ta z całą pewnością nie należała, jak błędnie uważał Marek, do tych przekonujących, ale mimo to pan Józef zrezygnował z dalszych przesłuchań. Znał swojego najstarszego syna, wiedział, że gdyby zmagał się on z jakimiś poważnymi problemami, z całą pewnością by z nimi do niego przyszedł. Jeśli tego nie zrobił, to znaczy, że istotnie nie dzieje się nic niedobrego i wartego roztrząsania na forum rodziny. Pewnie to jakaś błahostka, zwykła bzdura... Młodzi ludzie czasem zadręczają się takimi głupotami... On w jego wieku był przecież zupełnie taki sam...
Marek poczuł ulgę, gdy usłyszał oddalające się od jego samotni kroki. Powoli przemieścił się spod drzwi na łóżko z bardzo ambitnym pierwotnym planem zajęcia miejsca siedzącego, w połowie drogi zmieniając jednak zdanie. Rzucił się rozpaczliwie na posłanie i wcisnął głowę w poduszkę z silnym zamiarem pozbawienia się życia poprzez uduszenie. W tamtej chwili swoją egzystencję postrzegał bowiem jako niebywale nędzną. Po chwili rozmyślił się znowu i przewrócił na plecy, po czym zasłonił sobie szczelnie oczy dłońmi. Małym dzieciom często wydaje się, że jeśli nie mają kogoś w polu widzenia, to oznacza, że ten ktoś też ich nie widzi. Na tej zasadzie funkcjonują pierwsze zabawy w chowanego z rodzicami, polegające na zasłanianiu buzi maleńkimi rączkami i odsłanianiu jej, czemu zawsze towarzyszy euforia mamy czy taty, wynikająca z rzekomego odnalezienia ukochanej zguby. Marek zazdrościł im tej dziecięcej naiwności. Chciał wierzyć, że zasłaniając oczy znika, robi się niewidzialny. Wolałby żyć w całkowitych ciemnościach, niż choć raz jeszcze być zmuszonym spojrzeć Uli w oczy...
Nie mógł zrozumieć, co go podkusiło do takiego posunięcia. Przecież był dorosłym, dojrzałym mężczyzną, świadomym konsekwencji własnych czynów i okrucieństwa świata, na którym należy wstydzić się własnych uczuć i ukrywać je w zamkniętym na cztery spusty sercu, jeśli chce się uniknąć kompromitacji. Wiedział, że Ula nie jest dla niego, że powinien raz na zawsze o niej zapomnieć, bo to wszystko nie ma przyszłości. Zdawał sobie sprawę, że nie wolno mu przekroczyć choćby o milimetr tej magicznej granicy oddzielającej przyjaźń od tego niezdefiniowanego „czegoś więcej”. Tylko co mu po tej wiedzy, skoro nie umiał utrzymać swoich emocji na wodzy, kiedy Dobrzańska była w pobliżu? Co z tego, skoro jego serce za każdym razem rwało się do niej, zapominając, że przecież miało wykonywać rozkazy dyktowane przez zdrowy rozsądek? Czuł się, jak gdyby jego ludzka dusza została uwięziona w ciele jakiegoś dzikiego zwierzęcia. Jakże frustrującymi były wiecznie nieudane próby poskromienia przez rozum jego żądz i popędów... Ta walka była z góry skazana na przegraną, to była tylko kwestia czasu...
- Umrzeć. Zniknąć. Wyparować. Zdematerializować się.
Skupiony na sobie i swoich wewnętrznych rozterkach mężczyzna nie poświęcał zbyt wiele uwagi na zastanowienie się, co stało się z Ulą po tym przykrym incydencie. Brał za pewnik, że zaraz po jego spektakularnej ucieczce z miejsca zbrodni po prostu zaśmiała się w głos z naiwności swojego asystenta, po czym z piskiem opon odjechała w stronę domu, gdzie, jak przypuszczał, godziła się właśnie ze swoim narzeczonym. Czy podjąłby jakieś działanie, gdyby wiedział, jaka jest prawda? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Marek nie zdawał sobie sprawy, że Dobrzańska nie ruszyła się na krok spod jego domu. Nie miał pojęcia, jakie spustoszenie spowodował jego czyn w jasnym i zazwyczaj uporządkowanym umyśle młodej pani prezes. Ula siedziała bowiem sztywno w swoim samochodzie z palcami zaciśniętymi brutalnie na kierownicy. Gapiła się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem, bezwiednie lekko uchyliwszy usta. Na parę chwil zupełnie zapomniała o otaczającym ją świecie.
Dlaczego on to zrobił? Dlaczego on to, do jasnej ciasnej, zrobił?!
Do tej pory uważała ich relację za doskonałą. Przyjaźnili się, świetnie się czuli w swoim towarzystwie. Mogli ze sobą porozmawiać na każdy temat, a w dodatku wyjątkowo dobrze im się współpracowało w sferze zawodowej. Wszystko było na swoim miejscu, tak jak powinno być. A on jednym ruchem zaprzepaścił to, co razem zbudowali.
Nie mogła przejść nad tym do porządku dziennego. Nie codziennie ktoś, kogo uważa się za przyjaciela, całuje... tak. Właśnie to w tym wszystkim było najgorsze. Niewinny, delikatny pocałunek jeszcze by przebolała, byłaby skłonna nawet o nim nie wspominać, by go nie zawstydzać. Ale to, co się pomiędzy nimi wydarzyło... Tego nie można przemilczeć.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że jej się podobało. Nie wyrywała się, nie protestowała. Przeciwnie – chciała więcej, a to go właśnie spłoszyło. Przestraszył się własnej śmiałości i uciekł, jako pierwszy odzyskując rozum. Bo Ula jeszcze przez długi czas była zawiedziona. Bo nie na rękę jej było to, że uciekł. Bo sobie poszedł, tak po prostu, kiedy powinien był zostać i całować ją do końca świata. Dopiero po kilku minutach bezmyślnego gapienia się w przestrzeń zorientowała się, czego w tej chwili najbardziej pragnęła. Pragnęła bowiem swojego asystenta. Tego brzydkiego Marka, firmowego pośmiewiska i swojego oddanego przyjaciela, który nigdy wcześniej nie wydawał jej się tak atrakcyjny seksualnie. Po prostu go pragnęła, nie znając przyczyny.
A potem przypomniała sobie jego niesamowite, stalowoszare oczy. Ten uśmiech, poniekąd oszpecony aparatem ortodontycznym, a jednak powodujący, przy akompaniamencie tych przeuroczych dołeczków w policzkach, jakieś takie niezidentyfikowane ciepłe ukłucie w okolicy serca. I to ciało, które, raz odkryte, niemal krzyczało, by go znowu nie chować pod niemodnymi ciuchami...
Oczami wyobraźni widziała to wszystko na nowo, ale po chwili potrząsnęła agresywnie głową, starając się wyrzucić z niej przepływające przez nią obrazy. Nie chciała o tym myśleć. Nie mogła. Nie. To nie tak miało być. Miał być jej asystentem. Miał być niegroźny. Miał nie być pokusą. Miał być neutralny, aseksualny. Niemal bezpłciowy. Miał być czymś, a stał się kimś. Kimś, kto z każdym dniem zakorzeniał się coraz mocniej w jej życiu. Bez którego bała się funkcjonować.
Los bywa okrutnie przewrotny.
Nie mogła go stracić. Wiedziała, że będzie chciał odejść, ale nie mogła do tego dopuścić. Z dnia na dzień stał się dla niej nieodzownym punktem w jej terminarzu, punktem, dla którego zawsze miała czas. Z którym uwielbiała przebywać. Którego ceniła, podziwiała i... kochała. Jak brata, którego nigdy nie miała. Zdawała sobie sprawę, że będzie musiała zawalczyć o ich przyjaźń, ale była skłonna poświęcić bardzo wiele, by go zatrzymać przy sobie. Tego właśnie chciała – by był obok. By po prostu był.
Przekręciła kluczyk w stacyjce i odjechała z tą jedną myślą odbijającą się echem w jej głowie.
***
* W moich poprzednich opowiadaniach nie używałam tego określenia pod adresem Marka, bo mi ono do niego nie pasowało. Prawie trzydziestoletni facet w garniaku nazywany chłopakiem? Tu jednak sytuacja jest inna, stąd zmiana mojego przyzwyczajenia.


